Elżbieta Muskat-Tabakowska

 

„Pani Elce Tabakowskiej, w dniu przyznania wyżej wymienionej tytułu mojej córki* honoris causa.

Z wielką serdecznością – Jerzy Turowicz, 29 czerwca 1995 r.

*To honor dla mnie.

Promotor w przewodzie hc – Anna Turowiczowa”.

 

Taką dedykację napisali dla mnie Anna i Jerzy Turowiczowie na książce rozmów z panem Jerzym „Wierność”[1] w dniu, w którym tę książkę od pana Jerzego dostałam. Mój mąż, Piotr, zapytał od razu, czy mógłby zostać zięciem honoris causa. Jerzy Turowicz odpowiedział: „Ależ oczywiście”. Mąż też doskonale pamięta to zdarzenie i uważa je za wielki honor.

***

Annę i Jerzego Turowiczów znałam od lat prywatnie, ponieważ przyjaźniłam z trzema ich córkami. Najpierw poznałam Joannę, która potrzebowała tłumaczeń z angielskiego do swojej pracy magisterskiej z filozofii. Ich wykonanie zaproponowała mi nasza wspólna znajoma. Spotykałam się więc z Joanną, która wówczas nie mieszkała na Lenartowicza, ale tuż obok – na Siemiradzkiego. U niej poznałam jej męża, Marka Piaseckiego, fotografa, rzeźbiarza i grafika. Zachowałam jego list do mnie, w którym zaprasza mnie na sesję fotograficzną do swojej pracowni. Do sesji doszło i mam swoje portrety fotograficzne jego autorstwa.

Wtedy musiałam poznać Elżbietę, starszą siostrę Joanny. Ponieważ obie byłyśmy na studiach filologicznych – Elżbieta studiowała romanistykę, ja anglistykę – pojawił się pomysł wymiany lekcji. Przychodziłam na Lenartowicza i miałam uczyć Elżbietę angielskiego, a ona mnie francuskiego. Takie były ambitne zamierzenia, których chyba nigdy nie udało nam się zrealizować, bo… byłyśmy strasznie gadatliwe. Gdy tylko się pojawiałam, siadałyśmy w kuchni, razem z panią Anną, i zaczynałyśmy rozmowę.

Nie wypada mi powiedzieć, że się przyjaźniłam z panią Anną, ale pochlebiam sobie, że lubiła ze mną rozmawiać, choć nie toczyły się między nami dyskusje na żadne ważne tematy. To był raczej komentarz do codzienności. I to też było interesujące. Pani Anna pytała o moje studia, zdrowie, rodziców, potem o moich chłopców. Widać było, że ją to autentycznie interesuje i angażuje.

Była dla mnie uosobieniem damy. Nie pamiętam, by się uniosła, krzyknęła. Miała taki piękny, tolerancyjny stosunek do ludzi i świata. Mimo że pani Anna zajmowała się praktyczną częścią domu Turowiczów, była też znakomitą tłumaczką z języka francuskiego (gdy sama zajęłam się przekładami, zdarzało nam się rozmawiać o tym, jaki to trudny zawód, jakiej wiedzy oraz intuicji wymaga), żywo uczestniczyła w intelektualnym i zawodowym życiu pana Jerzego. A poza wszystkim, świetnie się z nią rozmawiało na każdy temat. Była ciepła, otwarta.

Pan Jerzy dosiadał się do nas, do kuchennego stołu zastawionego kubkami i sztućcami, i nic nie mówił. Słuchał, palił papierosa. Bywało, że po dłuższym czasie, kiedy Elżbieta i ja mówiłyśmy dużo, pani Anna też trochę, pan Jerzy wstawał i wychodząc, rzucał: „No to żeśmy sobie porozmawiali…”. Był bardzo małomówny, ale potrafił słuchać. On zresztą w ogóle nie musiał się pojawiać w tej kuchni, mógł spokojnie pracować w swoim gabinecie. (Pamiętam jego pokój, założony książkami, gdzie siedział przy oświetlonym lampką biurku, jakby w dziurze wymoszczonej wśród stosów gazet i papierów). Pan Jerzy lubił jednak ten ludzki harmider, nie nużyło go słuchanie zwyczajnych rozmów o życiu. Lubił to tło.

Nigdy nie pozwalał sobie na komentowanie ani wyrażanie emocji. Inaczej niż pani Anna, która nie ukrywała swojego zdania, jak też spraw, którymi się przejmowała, np. perypetiami Joanny, która była niebywale uzdolniona, nigdy jednak w pełni nie wykorzystywała tego potencjału. Turowiczów martwiły i przedłużające się studia Joanny, i wcześnie przez nią podjęta decyzja o małżeństwie z Markiem Piaseckim.

Czasami, jak zwykle w biegu, zaglądał do kuchni ks. Adam Boniecki, który w tym czasie (druga połowa lat 60.) wynajmował pokój u Turowiczów. Poznałam go zresztą w… wannie, ponieważ – nie pamiętam już dlaczego – razem żeśmy ją szorowali w łazience przy Lenartowicza. Nasze spotkania były jednak sporadyczne. Adam był bardzo zajęty, miał mnóstwo staruszek i staruszków, którymi się zajmował, oraz studentów w duszpasterstwie akademickim w Kolegiacie św. Anny. Do tego był dziennikarzem „Tygodnika Powszechnego”. Czasami zdarzało nam się razem przejść – a właściwie przebiec, bo on zawsze gdzieś biegł – kawałek ulicą Lenartowicza.

Z tych najdawniejszych lat pamiętam jeszcze panią Zofię Kernową, mamę pani Anny, która na kilka ostatnich miesięcy życia przeprowadziła się na Lenartowicza (zmarła na początku lipca 1971 roku). Pani Zofia tęskniła za swoim domem i za kwiatami, ale nie za tymi z kwiaciarni. Specjalnie dla niej wstawałam więc wcześnie rano, a mieszkałam wówczas w małym, wynajmowanym domku na Woli Justowskiej, by przed pracą pójść na okoliczne łąki, gdzie zbierałam polne kwiaty. Pani Zofia właśnie takie kwiaty chciała mieć w pokoju. Pamiętam te bukiety, ale pani Kernowej nigdy osobiście nie poznałam. Kwiaty przekazywała jej bowiem córka, czyli pani Anna.

***

Najważniejsza dla mnie rozmowa z Turowiczem miała miejsce po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy rozpoczął się bojkot oficjalnych, nie zawieszonych mediów. Zastanawiałam się, czy w takiej sytuacji dalej współpracować z „Przekrojem”, dla którego przygotowywałam prasówki z anglojęzycznych gazet. Nie wiedziałam, co robić: pracować, jak gdyby nigdy nic? a może jednak urządzić małą manifestację i odejść, rzucając wszystko?

Pamiętam, że z powodu skrępowania i nieśmiałości gadałam i gadałam. A Turowicz na to: „No tak, nie rozumiem, dlaczego pani pyta, pani Elko. Nie widzę problemu”. Pan Jerzy odpowiedział, że nie widzi powodu, dla którego miałabym nie pracować dla „Przekroju”, skoro rzetelnie wykonuję uczciwą pracę. Jego zdaniem powinnam była bezwzględnie robić to dalej, z pożytkiem dla wszystkich. Pan Jerzy był dla mnie autorytetem absolutnym, także w tej sprawie i to nie tylko dlatego, że znał się na mediach, więc postąpiłam zgodnie z jego radą.

Innych rozmów na ważne tematy między nami nie było, przede wszystkim dlatego, że choć Taś był dla mnie – ale i dla mojego męża, który znał go równie długo jak ja – autorytetem moralnym, nie ośmieliłabym się zabierać mu czasu własnymi sprawami ani angażować jego uwagi własnymi opiniami czy przemyśleniami. Zdawałam sobie sprawę, że Taś jest zajęty i nie można mu przeszkadzać, więc nie przyszłoby mi do głowy, np. rozpoczynanie rozmowy na jakiś temat czy zadanie pytania. Gdyby nie moje opory, dyskusji, np. o postawach czy zachowaniach etycznych w trudnych, bo niejednoznacznych sytuacjach, mogłoby być znacznie więcej. Tak się jednak nie stało. Miałam więc tyle, ile on zechciał mi dać, a pan Jerzy nie był wielomówny.

Kiedyś sam zaprosił mnie do siebie, gdy zdecydował się przekazać bibliotece Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego część swoich książek. Ja te książki wybierałam i organizowałam transport.

Bardziej niż „wielkie tematy” absorbowały nas zresztą osobiste sprawy. Spotkałam kiedyś pana Jerzego w księgarni Znaku; był bardzo radosny i zadowolony, bo właśnie urodził się Pikon – syn Łukasza, wnuk Elżbiety. I ten wielki, wspaniały Turowicz powiedział wówczas do mnie: „Elko, zostałem praszczurem!”. Zaimponowało mi, że potrafi tak z siebie zażartować.

W redakcji „Tygodnika Powszechnego” pojawiałam się za każdym razem, kiedy miałam się spotkać z panią Krystyną Chmielecką, redaktorką wydawnictwa Znak, dla którego od lat tłumaczę teksty historyczne. Przechodziłam przez redakcję, w której zawsze panował tłok, więc podziwiałam pracujących tam ludzi, że się nie kłócą, bo taki harmider nie sprzyjał przecież pracy ani skupieniu. Nawet aniołom, gdy się sczepią skrzydłami, łatwo się unieść gniewem, tymczasem w redakcji przy Wiślnej nie trafiałam na awantury, ale sympatyczną atmosferę.

Gdy patrzę wstecz na tamte lata, czasami pojawia się we mnie żal, bo wydaje mi się, że byłam potwornie głupia nie korzystając z tego wszystkiego, co było mi dane w takim stopniu, w jakim bym mogła. Powinnam była słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać (niekoniecznie od razu uczestniczyć w tamtych rozmowach). Codzienne zagonienie nie sprzyjało jednak temu, co zawsze powinno być najważniejsze: spotkaniom z ludźmi i słuchaniu tego, co mają do powiedzenia.

Mam płytę z nagraniami wierszy Czesława Miłosza, w interpretacji Turowicza, którą dołączono do tomiku „Wierszy pół-perskich” poety[2]. Słucham ich w domu za każdym razem, gdy chcę, by tamten klimat i tamte osoby do mnie powróciły.

***

 Już po śmierci pana Jerzego pani Anna w piękne letnie popołudnie przyjechała do nas z wizytą – do naszej malutkiej chałupy pod Krakowem. Były tam też nasze dzieci, m.in. mój młodszy syn ze swoją narzeczoną, Ewą. Siedzieliśmy w kuchni, potem poszliśmy na spacer. Mój stosunek do Turowiczów najlepiej chyba wyraża to, co powiedział wówczas mój syn do swojej przyszłej żony: „Dzisiaj jest wielki dzień w twoim życiu – poznałaś panią Annę Turowiczową. Czy ty sobie wyobrażasz, jaki to jest dla ciebie zaszczyt? Jakie to szczęście, że możesz ją poznać?”. Do dzisiaj stosunek do Anny i Jerzego Turowiczów mój i mojej rodziny – bo przekazaliśmy go z mężem młodszemu pokoleniu – tak chyba można ująć: to był dla nas zaszczyt, niezasłużona nagroda.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy potrafili i potrafią ich docenić. Turowiczowi nie brakowało przecież adwersarzy, a los nie oszczędził mu nawet takiego upokorzenia, jakie mu zafundował Lech Wałęsa w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego w czerwcu 1990 roku. Moją reakcją na tamten atak były retoryczne pytania: jak oni śmią? co musi być w człowieku, by pozwolić sobie na takie zachowanie? kim są ci ludzie?

Turowicza to zabolało, ale nie pamiętam, by się kiedykolwiek do tego odniósł, jakoś to skomentował. Był ponad to.

***

Na pogrzeb pana Jerzego w Tyńcu chciałam zabrać jakieś kwiaty. Kupiłam drobne, niebieskie kwiatki i to w doniczce, bo była zima. Ścięłam je, wiążąc maleńki, skromny bukiecik, który zginął wśród wielu wiązanek i wieńców. Błękitny bukiecik zauważyła jednak pani Anna. Powiedziała, że właśnie takie kwiaty pan Jerzy lubił: małe i skromne. Dla mnie to też był bardzo ważny moment: że ona zauważyła ten gest i odczytała tak, jak mogłam sobie tego życzyć.

Powiedziała mi też słowa, które do teraz traktuję jak drogowskaz: „Musieliśmy się na trochę rozstać”… I rzeczywiście, dołączyła do pana Jerzego po zaledwie półtorarocznej rozłące. Pamiętam jej ostatnie przed śmiercią tygodnie w szpitalu. Wiem, że najbardziej bolało ją to, że obsługa szpitalna mówi do niej: „babciu”. Intencje były oczywiste, ale wydało mi się to wówczas straszliwym brakiem wyczucia. W zestawieniu bowiem z tą właśnie osobą takie określenie brzmiało jak epitet.

Choć znaliśmy się prawie czterdzieści lat, to co pamiętam to tylko okruchy. Były to jednak lata bardzo dobrych wzajemnych kontaktów, które upłynęły w dużej mierze na zdarzeniach dzisiaj zupełnie przebrzmiałych. Dzięki przyjaźni z Turowiczami życie na pewno było znośniejsze, także dlatego, że wiedziałam, że gdyby zaszła taka potrzeba, znajdę u nich wsparcie i radę.

Kraków, 8 listopada 2011 r.

Prof. ELŻBIETA MUSKAT-TABAKOWSKA (ur. w 1942 roku w Sosnowcu) jest anglistką i tłumaczką; kierownikiem Katedry UNESCO do Badań nad Przekładem i Komunikacją Międzykulturową na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zajmuje się językoznawstwem kognitywnym i teorią przekładu; jest tłumaczem m.in. książek Normana Daviesa. Mieszka w Krakowie.

Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

© Copyright by Fundacja Jerzego Turowicza

[1]        Tadeusz Kraśko, Wierność rozmowy z Jerzym Turowiczem, Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań 1995.

[2]        Czesław Miłosz, Wiersze pół-perskie (Goszyce, styczeń 1945 r.), Znak, Kraków 2001. Do książki została dołączona płyta z nagraniem wierszy Miłosza, czytanych przez Jerzego Turowicza (przygotowanie: Jacek Kołtuniak).