Zdzisław Najder

„Tygodnik Powszechny” czytałem stale od 1947 roku. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z różnicy między „Tygodnikiem Powszechnym” a „Tygodnikiem Warszawskim”, który też mi się podobał. Wydawało mi się, że jedni i drudzy nie popierają istniejącej władzy, i tyle. Dopiero, gdy redaktorów „Warszawskiego” aresztowano we wrześniu 1948 roku, uświadomiłem sobie, że sytuacja jest bardziej złożona, że są stopnie i odmiany dezaprobaty dla tego, co się dzieje.

Nie pamiętam już jak – chyba na Mokotowskiej, w redakcji „Słowa Powszechnego”, a może w „Dziś i Jutro” – poznałem Jana Pawła Gawlika, krakowskiego krytyka teatralnego, pisującego w „Tygodniku”. On z kolei przedstawił mnie swojemu przyjacielowi, Tadeuszowi Chrzanowskiemu, historykowi sztuki, który później stał się na długo jednym z moich najbliższych przyjaciół. Ded – tak go nazywaliśmy – był człowiekiem ogromnie towarzyskim. Przez niego poznałem najpierw Kisiela, potem Jacka Woźniakowskiego (byliśmy obaj na zjeździe polonistów we Wrocławiu w listopadzie 1947 roku), i tak zbliżyłem się do „Tygodnika”.

Za zachętą Januszka Odrowąż-Pieniążka, kolegi z pierwszego roku polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, próbowałem pisać. Najpierw w dodatku młodzieżowym do „Słowa Powszechnego” (którego nie uważaliśmy za pismo „reżimowe”), potem do, także paxowskiego, „Dziś i Jutro”. Psychicznie naturalnym miejscem druku było dla nas pismo z Wiślnej. Zadebiutowałem jednak, wraz z Januszem i innymi kolegami z warszawskiej polonistyki (to była jedna paczka: Włodzimierz Kołodziejski, Janusz Odrowąż-Pieniążek, Marek Skwarnicki, Irena Stasiewiczówna – grupa niezorganizowana, ale było nas widać), na początku lat 50. właśnie w pismach paxowskich, które były blisko, były mniej wymagające i gdzie można było podpisywać teksty własnym nazwiskiem. W „Tygodniku” czy w jezuickim „Przeglądzie Powszechnym” mogliśmy pisać tylko pod pseudonimami, ponieważ publikowanie tam pod nazwiskiem groziło poważnymi konsekwencjami. Zasięgaliśmy zresztą w tych sprawach rady Jacka Woźniakowskiego, który był nam najbliższy wiekowo, i Kisiela, który był nam mentorem.  

Nasze pisanie do „Dziś i Jutro” skończyło się w 1951 roku wielką awanturą, podczas której, po wygłoszeniu naszych poglądów na temat zaangażowania katolików w przemiany ustrojowe w Polsce, moi koledzy i ja usłyszeliśmy od Bolesława Piaseckiego, że jesteśmy dwulicowymi wstecznikami. Przez jakiś czas kontynuowaliśmy pisanie dla „Tygodnika Powszechnego”. Jeszcze zdążyłem napisać olbrzymi tekst o Conradzie, jako Bogusław Grodzicki, ale w drugiej połowie 1952 roku Wacław Sadkowski, który sam ogłaszał w „Tygodniku” teksty krytyczno-literackie jako Wacław Rola, zdemaskował mój i kolegów pseudonimy. Bez podania przyczyn skreślono nas z listy studentów polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Przypuszczałem, co jest przyczyną odebrania nam indeksów, ale mimo to, wraz z innymi wyrzuconymi, odwoływałem się od tej decyzji do ministra szkolnictwa wyższego, Adama Rapackiego. Podczas własnej „audiencji” (minister każdego z nas przyjmował osobno) powiedziałem, że zdaję sobie sprawę, jaka jest przyczyna mojego usunięcia z uczelni, choć nikt nie chce się do tego przyznać. Rapacki popatrzył na mnie, jak mi się wydawało, z politowaniem, ale odpowiedzi nie usłyszałem.

Pół roku później dostałem posadę w Instytucie Badań Literackich. Domyślam się, że spotkało mnie to dzięki interwencji prof. Juliana Krzyżanowskiego u szefa IBL-u, prof. Stefana Żółkiewskiego. Ponieważ pracownicy Instytutu mieli obowiązek posiadać tytuł co najmniej magistra, za jakiś czas zostałem skierowany do ukończenia uczelni. Dla mnie afera rozeszła się więc szczęśliwie po kościach, ale tymczasem „Tygodnik” został zamknięty.

***

Nim jednak ja i koledzy przymusowo rozstaliśmy się z pismem, bywaliśmy w redakcji – wtedy poznałem Jerzego Turowicza. Z tamtego okresu pamiętam też korespondencję z Zofią Starowieyską-Morstinową, która czytała starannie, co nadsyłali młodzi ludzie i reagowała na to, pisząc listy do autorów, także do mnie. Sporo się od niej nauczyłem. To była redakcja współpracująca z czytelnikami i autorami. Z panią Starowieyską-Morstinową i Jackiem Woźniakowskim, z którym się zaprzyjaźniłem, miałem wówczas najbliższe w „Tygodniku” stosunki.

Pamiętam rozmowę z Pawłem Jasienicą (nie był już wówczas redaktorem „Tygodnika”, ale wciąż do niego pisywał), w bramie PAX-u na Mokotowskiej. A Jasienica był wówczas dla mnie i moich kolegów autorytetem i ze względu na to, co pisał, i ze względu na legendę. Powiedział: „Młodzi przyjaciele, musicie zdać sobie sprawę z tego, że Amerykanie przegrali walkę o świat. Musimy się z tym pogodzić i jakieś wnioski wyciągnąć”. Trochę to było jak zimna woda za kołnierz, bo ani ja, ani np. Zbyszek Herbert, z którym się przyjaźniłem, nie myśleliśmy o przyszłości w takich kategoriach. Pragmatyzm mógł nas prostą drogą doprowadzić do koniunkturalizmu, a my po prostu nie chcieliśmy brać udziału w kłamstwie. O przyszłości myśleliśmy w kategoriach czysto prywatnych, np. marzyliśmy, że jak będziemy bogaci, to sobie kupimy wyspę Krowa na Wigrach… Natomiast pisanie dla „Tygodnika Powszechnego” było w latach 50. jakimś schronieniem, ucieczką od realiów geopolityki.

Może z racji tego, co powiedziałem, osobą dla mnie najdalszą w sensie ideowym był w „Tygodniku” Stanisław Stomma. Nie zgadzałem się z nim w ocenie historii, np. powstania styczniowego, inaczej widziałem stosunki z Niemcami. Był właśnie zbyt pragmatyczny, brał aktualną geopolitykę ze śmiertelną powagą.

Podczas wizyt w redakcji „Tygodnika” poznałem też Józefa Mariana Święcickiego, zwanego Święciszonem, i Antoniego Gołubiewa, z którym połączyły mnie zainteresowania conradowskie. Byłem nawet u niego dwa razy w mieszkaniu przy Jaskółczej. Bywałem też (a nawet nocowałem) u Chrzanowskiego i czasem u Woźniakowskich. Pamiętam, że u Mai i Jacka kładliśmy się spać pokotem, bo mieszkanie mieli raczej ciasnawe, tak że znalazłem się obok ich maleńkiego wówczas synka, Henryka. „Tylko nam go nie zgnieć” – usłyszałem od Mai, gdy go kładła obok.

***

W latach pierwszego „Tygodnika” moje kontakty z Jerzym nie były zbyt intensywne, bo pisywałem artykuły czysto literackie. Czasami widywaliśmy się w Warszawie przy okazji jego przyjazdów. Współczułem mu konieczności spełniania oficjalnych wymogów, udawania.

Pamiętam, że na początku 1953 roku, kiedy napisałem jakiś tekst wychodzący poza literaturę, spotkany Turowicz powiedział mi, że mój artykuł „poległ”, oczywiście w walce z cenzurą. Z czym się wtedy wychyliłem, nie przypominam sobie. Z kolei po 1956 roku napisałem jeden, może dwa teksty dla „Tygodnika”, a potem brakowało już czasu, bo zająłem się głównie pracą naukową.

W drugiej połowie lat 70., kiedy zajmowałem się Polskim Porozumieniem Niepodległościowym, chyba nie rozmawiałem z Turowiczem o żadnych tekstach dla nas, choć zamówiłem opracowania i u Jacka Woźniakowskiego, i u Tadeusza Mazowieckiego. Chyba nawet o PPN z Jerzym nie rozmawiałem. Ponieważ moją główną osobą kontaktową w „Tygodniku” był wówczas Jan Józef Szczepański, jeden z naszej kierowniczej czwórki, byłem zdania, że jeżeli Jaś zechce powiedzieć o tej inicjatywie Jerzemu, sam wyjaśni, co robimy i o co nam chodzi. I o ile wiem, tak było. W sumie konspiracja to konspiracja, obowiązuje podział pracy.

W latach 80. różnice między mną i Jerzym były zwykle taktyczne, nie ideologiczne. Przyjąłem, że Turowicz obrał taką strategię i tyle. Nigdy nie podważałem uczciwości środowiska „Tygodnika”, ale swoją rolę wyobrażałem sobie inaczej, bo działałem w podziemiu a teksty polityczne ogłaszałem zagranicą. Jednakże przykro wspominam szok, jakim była dla mnie lektura ogłoszonego w „Tygodniku” listu z 22 września 1981 roku, podpisanego przez trzydziestu pięciu luminarzy polskiego życia kulturalnego i naukowego, którzy w imieniu „narodu polskiego” powtarzali zapewnienie (zwrócił mi na nie uwagę Aleksander Gieysztor, który – podobnie jak Jan Parandowski – podpisu odmówił) o trwałości i dobrowolności naszego sojuszu z ZSRR. List podpisał i Turowicz, i Jaś Szczepański. Zadzwoniłem do Jasia z pytaniem, jak mógł coś takiego podpisać. „Nawet dobrze nie wiem, co podpisałem” – usłyszałem zdumiony. „Ale dzwonił Stefan Bratkowski, mówił że sytuacja jest dramatyczna, że trzeba coś zrobić, więc podpisałem”. Oburzyła mnie ta lekkość w składaniu podpisów i w obiecywaniu wierności zobowiązaniom sprzecznym z niepodległą Polską. Takie państwowe zaprzaństwo z powodu strachu przed Wielkim Bratem.

Moje poglądy na to, jak daleko można pójść na kompromis, a zwłaszcza, co wolno zadeklarować, bywały więc inne, niż wówczas obowiązujące w „Tygodniku”, ale to było jasne, więc kiedy się spotykaliśmy, niekoniecznie musieliśmy o tym rozmawiać. Nigdy nie starłem się z Jerzym frontalnie, nie zapytałem wprost, dlaczego coś takiego podpisuje i drukuje, ale wątpliwości, co do linii „Tygodnika” miewałem, także i przed Solidarnością. Czasem o tym rozmawiałem z Jerzym i Jackiem Woźniakowskim, ale nie wtrącając się zanadto w to, co robią, bo to oni jednak ponosili odpowiedzialność za pisma i wydawnictwo. Dawałem jednak do zrozumienia, że nie jestem tak elastyczny. Trochę nad tym bolałem z Janem Józefem, który też nie był „rozciągliwy”, chociaż zdarzało się, że szedł na jakieś taktyczne ustępstwa. Pamiętam, że na ugodowość i minimalizm Znakowego środowiska złościł się także Władek Bartoszewski, który dopiero ex post zrobił się bardziej pobłażliwy. Ja byłem sztywny od zawsze.

Nie zgadzałem się też z Jerzym w innych sprawach, choćby w ocenie „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza. Jerzy był zresztą niesłychanie tolerancyjny wobec wielu wypowiedzi Czesława. Niestety, nigdy nie miałem z Jerzym jakiejś zasadniczej rozmowy na temat różnic poglądów między nami.

Miewałem takie z Kisielem, nawet ostre. Widywałem go dość często, mimo różnic poglądów mieliśmy do siebie pełne zaufanie. Pamiętam, jak go kiedyś wywabiłem na ulicę pod ich domem na Szucha w Warszawie – bo w mieszkaniu, gdzie był z pewnością podsłuch, zaczął zbyt swobodnie gadać. Na ulicy się złościł, tupał nogami w szeleszczące liście i powtarzał, że jesteśmy szaleni, jeżeli nie zdajemy sobie sprawy z siły Związku Radzieckiego. „Wy” odnosiło się do PPN-u i moich tekstów w „Kulturze”, których autorstwo podejrzewał. Odpowiedziałem, że „realiści”, którzy są przekonani, iż to, co jest, będzie trwało – są może nie szaleni, ale bardzo niemądrzy. Popatrzył na mnie z politowaniem. To była jesień 1979 roku.

Kisielowi zdarzało się mówić o Jerzym, zwłaszcza po 1989 roku, rzeczy bardzo niepochlebne, np. „stary lis i obłudnik, żebyście nie mieli złudzeń” (taką opinię o Turowiczu usłyszałem od niego w 1990 roku). Nie polemizowałem ani nie drążyłem sprawy. Zresztą Kisiel znał Jerzego nieporównanie dłużej i lepiej, niż ja. A wtedy chodziło głównie o stosunek do Wałęsy. Mam poczucie, że Jerzy był „ustawiany” przez ówczesną „warszawkę”.

Bliższe kontakty nawiązałem ponownie z Jerzym dopiero w latach 80., kiedy byłem dyrektorem Radia Wolna Europa. Spotykałem Jerzego albo w Rzymie, albo w Paryżu (bodaj raz), albo w Wiedniu. Kiedyś, chyba w 1984, razem z Turowiczem i Szczepańskimi pojechaliśmy nawet na wycieczkę w okolice Wiednia. Rozmawialiśmy wówczas o możliwym zatrudnieniu przez RWE niektórych współpracowników „Tygodnika”. Nie chciałem, by mu to zaszkodziło. Była mowa m.in. o Marii de Fernandez-Paluch i Bogusławie Soniku. Pytałem Jerzego, co o nich myśli i jakie mogą być konsekwencje ich pracy dla RWE. Marka Lehnerta z kolei przekazał mi w Rzymie, z redakcji „LʼOsservatore Romano”, ks. Adam Boniecki.

Niestety, dziennik osobisty zacząłem prowadzić dopiero w 1986 roku, a w mojej pamięci nie zachowały się szczegóły spotkań i rozmów z Jerzym. Ale o czym innym mogliśmy wówczas dyskutować, jak nie o Polsce? Nasze poglądy polityczne – pomysły, co i jak należy robić były już wówczas nieco odmienne. Krótko można to przedstawić tak: najbardziej bojowym jastrzębiem był wówczas Jerzy Giedroyc („ofiary muszą być” – mawiał); ja byłem bardziej umiarkowany – niezależnie od faktu, że wiedziałem, że nie wolno mi przez radio do niczego podburzać. A „Tygodnik” uprawiał trudną sztukę koegzystencji z bandytami. 

***

W ostatnich dniach stycznia 1990 roku pisałem do Zbyszka Herberta następująco: „Mnóstwo ludzi oglądało w piątek w dzienniku TV wręczanie mi paszportu (m.in. Jasiowie Szczepańscy i Turowiczowie). Swoje występy krajowe chcę zacząć od spotkania w redakcji »TP«: my z niego wszyscy. Będziemy w Krakowie 9 lutego”.

Mój powrót do Polski z emigracji był faktycznie bardzo fetowany. Pierwszym domem po przekroczeniu granicy, w którym się zatrzymałem, było mieszkanie Turowiczów na Lenartowicza, gdzie ja i moja żona byliśmy podejmowani przez gospodarzy kolacją. „Tygodnik” z kolei zorganizował przyjęcie na moją cześć pod Krakowem. A potem, tzn. kilka miesięcy później, rozpoczęła się tzw. wojna na górze i przeżyłem wstrząs – uznano mnie za obcego, choć przecież nie zmieniłem poglądów. Znaleźliśmy się z Jerzym w różnych obozach.

W moim odczuciu przypisywano mi intencje, których nie miałem, i wmawiano rzeczy, których ani nie mówiłem, ani nie robiłem, np. polityzację czy upartyjnienie Komitetu Obywatelskiego, zawiązanego przez Lechu Wałęsie w grudniu 1988 roku. Tymczasem powołałem do Komitetu, m.in. Barbarę Skargę, Hannę Świdę-Ziembę, Michała Boniego, Hannę Chorążynę, Macieja Kozłowskiego, Zofię Romaszewską, Krzysztofa Stanowskiego i Donalda Tuska, więc nie miałem poczucia, że upartyjniam Komitet dobierając ludzi z jednej tylko strony sceny politycznej. Jedyną osobą, którą powołałem, choć tego nie chciałem, ale Wałęsa się uparł, był Ryszard Bender. Ale poza tym gotów jestem bronić wszystkich powołanych – dzięki tym nowym ludziom rozszerzyliśmy skład KO o ludzi z prowincji, o takich ludzi, jak np. Andrzej Słowik (działacz solidarnościowy z Łodzi, z zawodu kierowca, więziony przez kilka lat w latach 80.), których pozostawiono na boku.

Przyznaję, że nie wiedziałem wtedy, jakie będą skłonności ludzi, z którymi nawiązałem współpracę. Nie przyszło mi do głowy, że mój przyjaciel Jan Olszewski stanie się wielbicielem Antoniego Macierewicza, o którym wówczas nie wiedziałem zbyt wiele. Starałem się po prostu dochować wierności „konspiracyjnym” przyjaźniom, ale wmawiano we mnie rzeczy zupełnie zdumiewające. Wytworzono atmosferę, w której ustawiono mnie w pozycji wroga i interpretowano moje działania w kategoriach spisku. Bolało mnie i to, że nieprzychylne dla mnie komentarze ukazywały się także na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Próbowałem się bronić i pisałem listy ze sprostowaniami. Jeden z redaktorów odpisał mi, że jestem bezczelny… Poczułem się skrzywdzony i zawiedziony, niekoniecznie przez Jerzego, ale przez jego pismo, na którym się przecież wychowałem, więc zdecydowałem napisać do niego dłuższy list z wyjaśnieniami. Wymiana listów z Turowiczem uświadomiła mi tylko skalę różnic między nami. Nie jestem też pewien, czy Jerzy panował nad wszystkim, co się w jego redakcji wówczas działo.

***

Cieniem na naszych relacjach położyły się wydarzenia ze słynnego posiedzenia Komitetu Obywatelskiego w auli Auditorium Maximum UW, w czerwcu 1990 roku. Posiedzenie zostało straszliwie zakłamane przez media, dlatego zachęcam do jego przesłuchania, sine ira et studio, w Ośrodku „Karta”.

Utarła się opinia, rozpowszechniana zwłaszcza przez „Gazetę Wyborczą”, straszącą zamachem na demokrację, że Wałęsa wezwał Turowicza do tablicy. Tymczasem przewodniczący Solidarności odzywał się w taki sposób do wszystkich, poza biskupami – to nie było szczególnie obcesowe. Owszem powiedział: „Polska, panie Turowicz, czeka, aby pan powiedział, co pan ma przeciwko Wałęsie i demokracji!”, ale w podobny sposób odezwał się parę lat wcześniej do Jerzego Giedroycia: „Pan mnie krytykuje, a ja nie rozumiem dlaczego”. Poza tym, to mówił laureat Nagrody Nobla do zasłużonego redaktora pisma, obaj działający w polityce – można chyba przyjąć, że jedna panująca głowa do drugiej panującej głowy może się odnosić z waszecia.

Jerzy miał się poczuć obrażony takim zachowaniem prezydenta. Tymczasem, zapytany bezpośrednio po zebraniu, Jerzy zapewniał mnie, że obrażony się nie poczuł! Nikt nie zwrócił uwagi, że podczas tego posiedzenia Kisiel zaatakował Turowicza jeszcze bardziej ostro, mówiąc mu, że trzeba wiedzieć, kiedy jest się już za starym na politykę i należy się wycofać.

Tło było takie, i z tego Wałęsa zdawał sobie sprawę (a ja nie), że część członków Komitetu Obywatelskiego, chyba z Bronisławem Geremkiem na czele, chciała jego rozwiązania i z takim zamiarem tam się pojawili. Potem co prawda zmieniono zdanie i Jacek Kuroń próbował w ostatniej chwili temu zapobiec, apelując o pozostanie. Nastroje uspokajali np. abp Bronisław Dembowski i Zbigniew Romaszewski, ale sytuacji i Komitetu już to nie uratowało.

Kolejnym wydarzeniem, które mnie z redakcją „Tygodnika” poróżniło, była zorganizowana przez Fundację im. Stefana Batorego konferencja „Dekomunizacja i demokracja”, która odbyła się 2–3 marca 1992 roku w Warszawie. Powiedziałem wówczas, że inteligencja polska została po 1945 masowo nakłoniona do współpracy z PRL i należy sobie powiedzieć otwarcie, że zagubiono wtedy wielopokoleniową zasadę prymatu niepodległości Polski nad podziałami politycznymi. Uważałem, że potrzebne jest zbiorowe uświadomienie sobie, iż traktowanie Polski Ludowej jako Polski właściwej było kłamstwem. Nawet Jaś Szczepański odebrał to jako nawoływanie do zemsty i środowiskowych rozrachunków, czemu dał wyraz w publicznej wypowiedzi. A przecież nie o to mi chodziło! Miałem na myśli konieczność dokonania intelektualnego rachunku sumienia, którego po 1989 roku w moim przekonaniu zabrakło. Jeżeli mógł taki rachunek przeprowadzić Roman Zimand, to innym powinno pójść łatwiej. Nazwanie PRL kulturą fałszu – to nie było żadne „polowanie na czarownice”.

Wczesne lata 90. to w moim odczuciu okres ostrych i w dużej mierze sztucznych podziałów. Nie raz miałem wrażenie, że upycha się ludzi kolanami do wrogich obozów. Przypisywano mi poglądy, których nie miałem, dlatego tylko, że – w dużym skrócie rzecz ujmując – poparłem Lecha Wałęsę, a nie Tadeusza Mazowieckiego. Błagałem zresztą Tadeusza, by nie kandydował w wyborach prezydenckich, bo to beznadziejne. Podobnie zresztą oceniał sytuację Mieczysław Pszon, redaktor „Tygodnika” – też uważał, że Tadeusz powinien robić swoje jako premier. Niestety, uparł się – i potem wszyscy przeżyliśmy drugie miejsce Tymińskiego po pierwszej turze wyborów prezydenckich jako wielkie upokorzenie.

***

Z perspektywy czasu widzę, że bywałem naiwny w swoich przyjaźniach politycznych, ale gdy przypominam sobie swoje poglądy na temat wewnętrznej i zewnętrznej polityki państwa, doprawdy nie mam czego odwoływać. Powiem nieskromnie: w polityce zagranicznej miałem rację już od 1978 roku, kiedy opublikowałem tekst z formułą: nie ma niepodległej Polski bez zjednoczonych Niemiec, nie ma zjednoczonych Niemiec bez niepodległej Polski. Wybuchła potem potworna o to awantura w Polsce i w polskich pismach zagranicą.

A co do polskiej polityki po 1989 roku: nigdy nie uważałem, że Armia Czerwona powinna była dłużej zostać w Polsce z racji zagrożenia niemieckiego – od początku twierdziłem, że należy zlikwidować tak szybko jak to możliwe wszystkie jej bazy. (Tego dotyczył mój spór z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, który uważał, że Niemcy zawsze będą dla Polski zagrożeniem). Zawsze uważałem, że najlepszym zabezpieczeniem naszej niepodległości jest wejście do wspólnoty europejskiej. Miałem pretensje, że nie uznaliśmy jako pierwsi niepodległości Litwy, jakoś przyczyniłem się do tego, że jako pierwsi uznaliśmy niezawisłą Ukrainę.

Dlatego tak mnie wówczas bolało to, że w opinii wielu ludzi stałem się radykałem. Ja, którego Andrzej Kijowski ciągle napominał: „Ty byś ciągle wszystkich ze wszystkimi godził”. A potem przyklejono mi etykietę odwrotną, choć nie bardzo zdawałem sobie sprawę, czym sobie na nią zasłużyłem. Na pewno nie byłem z tej stajni, która te etykietki przylepiała, ale, jak teraz patrzę, nie jestem z żadnej stajni…

Przyznaję, że popełniłem parę głupstw personalnych, ufając ludziom, którzy okazali się mało odpowiedzialni i niemądrzy. Za długo wierzyłem w możliwość ocalenia komitetów obywatelskich – upatrując w nich „polskiej drogi” do normalnej, rozwiniętej demokracji. Dosyć szybko mi to wyperswadowali amerykańscy koledzy, politolodzy, którzy przekonywali mnie, że nie ma co eksperymentować z demokracją bez partii. Miałem jednak nadzieję, że debaty polityczne będą się toczyć w ramach komitetów obywatelskich, a zaznaczające się tam różnice poglądów nie będą miały charakteru wojennego. To była utopia, w którą za długo wierzyłem, kierując się przyjaźnią z wieloma działaczami z terenu, gdzie widziałem, że to działa i miałem nadzieję, że taki sposób uprawiania polityki uda się przenieść także do centrum. Może faktycznie powinienem był wówczas być mądrzejszy.

***

Po wydarzeniach z wczesnych lat 90. pozostał między mną a Turowiczem i „Tygodnikiem” niemiły osad. Kontakty się rozluźniły, choć nie doszło do ich formalnego zerwania.

W czerwcu 1992 roku zostałem przez rzecznika prasowego Wałęsy „zdemaskowany” jako „agent wielu wywiadów”, jakoś tam nakręcający rząd premiera Olszewskiego. Kryła się za tym sugestia, że miałem coś wspólnego z aferą lustracyjną, rozpętaną przez nieodpowiedzialną ustawę, a zaproponowaną przez Janusza Korwina-Mikkego. Bzdura, której nikt potem nie odwołał.

Potem zaatakował mnie jako agenta SB prawicowy „Ład”. Jaś Szczepański chciał ogłosić list w mojej obronie w „Gazecie Wyborczej”, ale odmówiono mu druku. Bronił mnie Jerzy i „Tygodnik”: że to, co zrobiłem, usiłując przez jakiś czas prowadzić przed ponad trzydziestu laty grę z SB, chwały mi nie przynosi, ale obecne postępowanie wobec mnie jest nie do przyjęcia. Potem jeszcze Jan Józef ogłosił w „Tygodniku” swój list. Wysłałem Jerzemu list z serdecznym podziękowaniem.

Nasze drogi, Turowicza i moja, zeszły się więc znowu, ale nie było już tej bliskości, co dawniej. Jerzy coraz rzadziej wyjeżdżał z Krakowa, więc i nie było okazji, by się spotkać i pogadać. Przestałem też czytać „Tygodnik”, bo nie było mi z pismem po drodze. Złościło mnie na początku lat 90., że Jerzy Turowicz tak ostentacyjnie postawił na jedną formację polityczną (nie byłem jedyny, który tam myślał), podobnie jak wiele lat później zabolało mnie, kiedy w 2003 roku redakcja, już prowadzona przez ks. Adama Bonieckiego, bezkrytycznie poparła wojnę w Iraku.

Mimo wszystko, myślę jednak o Jerzym z sentymentem i wdzięcznością. Na początku naszej znajomości byłem przecież niedoświadczonym autorem, a on potraktował mnie serio i wprowadził do ważnego pisma. Żalu nie ukrywam, że później różnie się działo, ale z czasem zakleiłem żal plasterkiem, by nie było widać. I nie raz wraca myśl, że zapewne niejedno mogło się potoczyć inaczej – gdybyśmy w porę mogli czy potrafili porozmawiać bezpośrednio, wychodząc z narzucanych przez otoczenie formułek i stereotypów.

Warszawa, 7 grudnia 2009 r. – Kraków, 30 marca 2010 r.

Prof. ZDZISŁAW NAJDER (ur. w 1930 roku w Warszawie) jest historykiem literatury, znawcą twórczości Josepha Conrada (jego tłumaczem i edytorem). W czasach PRL – opozycjonista; na przełomie lat 1975/1976 założył Polskie Porozumienie Niepodległościowe. W momencie wprowadzenia stanu wojennego przebywał w Oksfordzie, ostrzeżony przed aresztowaniem przyjął propozycję objęcia dyrekcji Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa (zajmował to stanowisko do 1987 roku). W 1983 roku skazano go zaocznie na karę śmierci za rzekomą współpracę z wywiadem amerykańskim; oskarżenie wycofano w styczniu 1990 roku. Na początku 1990 roku wrócił do Polski. Był przewodniczącym ogólnopolskiego Komitetu Obywatelskiego, doradcą prezydenta Lecha Wałęsy, później premiera Jana Olszewskiego. 

Wydał m.in. jedną z najważniejszych książek o Conradzie: Joseph Conrad. A Chronicle (translated of text by Halina Carroll-Najder; Rutgers University Press, New Brunswick, 1983), a także: Ile jest dróg? (Instytut Literacki, Paryż 1982), Z Polski do Polski poprzez PRL (Alfa, Warszawa 1995), Patrząc na Wschód. Eseje 1975–2008 (Biblioteka Nowej Europy Wschodniej, Wrocław 2008).Mieszka w Warszawie.

Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

© Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego